|
|
Recenzje:
PAWEŁ GŁOWACKI- Dostawka
ANDRZEJ KOZIOŁ - Krakowski Tryptyk
Dostawka
Paweł Głowacki
Ten, który w "Ulissesie" Jamesa Joyce'a przez ulepiony ze słów Dublin bez wytchnienia
kroczy okutany odwiecznym brunatnym prochowcem - nie ma twarzy, nie ma imienia,
nie ma adresu. Jest tym, którego nikt nie zna. Jest nieustającym przechodzeniem
z jakiegoś tu w jakieś tam, z jakiegoś tam w jakieś tu. Perypatetyczny znak
zapytania.
Niespieszna brunatność pana bez twarzy krzesze lęk w oczach znieruchomiałego
Miasta. Pierwszy raz mignie na pogrzebie Paddy'ego Dignama. Gdy trumna sunie
do grobu, Leopold Bloom szepce do siebie: "A któż to jest ten wysoki dryblas
w macintoshu? /.../ Dałbym odrobinę, żeby wiedzieć /.../ Jestem trzynasty. Nie.
Ten facet w macintoshu jest trzynasty. Liczba oznaczająca śmierć. Skąd, do diabła
wyskoczył? Nie było go w kaplicy, mogę na to przysiąc". Później wyskoczy jeszcze
dziesięć razy - i zniknie. Dowiemy się tylko, że je suchy chleb. I że jest przeraźliwym
chudzielcem.
Tak, chudy ruch, chudy krok. Chude wędrowanie, które po jedenastu swych brunatnych
niespiesznych mignięciach, gdzieś przepada, zostawiając kamienice pełne zdumienia.
I co? Koniec?
Nie. Wiem już, gdzie zniknął człowiek w brunatnym prochowcu. Wiem, bo smakuję
księgę "Światło Kraków", co ją Józef Baran z wierszy swoich i Jakub Ciećkiewicz
ze swych fotografii - ulepili. Smakuję wersy i kadry, smakuję karta po karcie,
czytam, patrzę. Czuję się, jakbym szedł. I w samym środku księgi - kamienieję.
Po lewej słowa Barana. "/.../ stale/ jest apetyt na dalszy ciąg/ a każde zakończenie/
wydaje się przedwczesne". Po prawej - on! Wielkie zdjęcie - stalowy most i on
na stalowym moście. On widziany od tyłu. Plecy, szal, kapelusz. Twarz nieosiągalna.
Idzie.
Więc jednak tamto zakończenie było zakończeniem przedwczesnym? Tak. Pan w brunatnym
prochowcu, brunatny chudzielec, który ongiś szedł przez napisane Miasto, teraz,
na zdjęciu Ciećkiewicza, w cieniu słów Barana, idzie przez stalowy most nad
Wisłą. Zmienił prochowiec. Teraz gustuje w czerni. Idzie, jak wtedy szedł. Z
jakiegoś skądś do jakiegoś dokądś.
Wędruje przez moje Miasto, skamieniałe jak napisany Dublin. Poeta rzekłby może
- idzie przez Miasto nieruchome jak strzała Eleaty. Baran i Ciećkiewicz go prowadzą.
Albo on ich prowadzi. Obojętne. Pan w czarnym prochowcu i czarnym kapeluszu,
pan bez twarzy, imienia, adresu, pan, którego nikt nie zna, jest widzialny tylko
tu, na stalowym moście. Ale jest wszędzie. W każdej fotografii Ciećkiewicza.
Pod każdą literą Barana.
Może taki bohater jest niezbędny? Może jest tak, że nie da się dotknąć tajemnicy
skamieniałych, wiecznych Miast, bez pomocy niespiesznego kroku wędrowców, co
są jak duchy okutane brunatnością bądź czernią? Może sednem Miasta jest niepoliczalny
ogrom oddechów, co je tu umierający na zawsze zostawili? Może nic z Miasta pojąć
nie sposób bez pilnego wsłuchania się w szemrzące szyfry anonimowych butów na
moście spajającym milczące brzegi Miasta? Lepiej nie odpowiadać. Jak i lepiej
nie wiedzieć, kim właściwie był, co symbolizował tamten pan w brunatnym prochowcu.
Lepiej ruszyć się i pójść. I iść. Całkiem jak pan w czarnym prochowcu. Idę więc.
"Światło Kraków". Zachwycający tytuł. Nie "Światło Krakowa", tylko właśnie
"Światło Kraków". Inaczej się nie da, bo to światło ma na imię - Kraków. Światło,
jasność, ciemność, szarość, a wszystko, jak naucza jeden z rozdziałów księgi
- Blask. Blask Kraków.
Pan w czarnym macintoshu i czarnym borsalino wędruje więc przez Blask skamieniałego
Miasta. Idzie przez Blask i niknie w Blasku, przez Barana zapisanym, przez Ciećkiewicza
na wieczność w prostokątach zdjęć zamkniętym. Niknie w blasku mgły jesiennego
zmierzchu gdzieś na końcu Grodzkiej. W blasku gołębi unieruchomionych nad brązowym
pomnikiem Jagiełły. W blasku mokrego bruku na Rynku. W blasku żółtego płomyka
latarni pod arkadami Sukiennic. W blasku łba dorożkarskiego konia, co łapie
trop Mistrza Ildefonsa...
Dziwnie, z jakimś dziwnym gatunkiem lęku w oku "wędruje się" przez fotografie
Ciećkiewicza i kruche wersy Barana. Dziwnie, bo wersy i podobizny pełne są nieuchwytnych
śladów tego trzeciego, co tu był, ale poszedł już. Chudzina? Jadł suchy chleb?
Na to też nie odpowiadajmy. Niechaj wystarczy, że tu był.
Był w blasku srebrnego szronu listopadowych traw na Błoniach. W blasku białej
brody mnicha, który za murami klasztoru na Srebrnej Górze z jakiegoś skądś do
jakiegoś dokądś wędruje, podpierając się czarną laską. W blasku skrzypiec ślepego
cygana, który dawno temu najciszej pod słońcem się rozpłynął. W blasku znicza.
W blasku rynny zakończonej stalowym pyskiem smoka. W blasku precla. W blasku
wszystkiego. Był, ale już jest właśnie - nieuchwytny.
Może jest też tak, że treść skamieniałych Miast to nieuchwytność, bo finalna,
śmiertelna nieuchwytność jest zasadą ludzi skamieniałych Miast? Może zatem specjalność
księgi Ciećkiewicza i Barana polega na tym, że tańcowaniem swych obrazów i słów
- musnęli nieuchwytność? To też dobrze jest przemilczeć. Na 53 karcie księgi
"Światło Kraków" pan w czarnym prochowcu i czarnym kapeluszu idzie przez stalowy
most mego skamieniałego Miasta. Krzesze dobry lęk. Widzę jego plecy. I to wystarcza.
Krakowski Tryptyk
ANDRZEJ KOZIOŁ
Kraków, Kraków, Kraków... Najbardziej obfotografowane w Polsce miasto. Tysiące
pocztówek, setki albumów, tysiące zdjęć. Od archaicznych, chwytających za serca
niegdysiejszością - wagonikami tramwajowymi na Floriańskiej, przekupkami na
Małym Rynku, kapociastymi Żydami na Kazimierzu - poprzez Hermanowicza pokazującego
miasto mojego dzieciństwa, po współczesne. Tysiące mariackich wież, tysiące
Sukiennic, tysiące Bram Floriańskich, tysiące Barbakanów. Fotografowie i fotograficy
ciągle i uporczywie fotografują to samo, podobnie jak pokolenia perskich poetów
niestrudzenie pisały o miłości słowika do róży.
W ten długi korowód postaci błąkających się po Krakowie z zawieszonymi na piersiach
aparatami fotograficznymi włączył się Jakub Ciećkiewicz, niegdyś dziennikarz
piszący, krytyk literacki, przez ostatnie lata ukrzesłowiony w "Dzienniku
Polskim", w sekretariacie redakcji.
Nie jest debiutantem, jego zdjęcia ukazywały się w prasie, znajdowały się na
okładkach książek, było kilka indywidualnych wystaw i udział w zbiorowej ekspozycji
poświęconej kamedulskiemu klasztorowi na bielańskiej Srebrnej Górze. Zdjęcia
kamedułów przewędrowały z krakowskiego Barbakanu przez Polskę, dotarły na Węgry.
To wszystko jednak mało, bo Jakub Ciećkiewicz odważył się na rzecz wielką, powiedziałbym
nawet, że zuchwałą - wydał album fotograficzny (setny? pięćsetny? tysięczny?)
poświęcony najpiękniejszemu w Polsce miastu, a zatytułowany "Światło Kraków".
Nie sam, bo fotografiom towarzyszą wiersze Józefa Barana, poety krakowskiego,
ale jednocześnie obcego temu miastu, ba, w poetyckiej młodości tak zanurzonemu
w rustykalność, że Wawelem obwoływał stodołę swojego ojca. Na szczęście wiersze
Barana nie są literalnym dopełnieniem fotografii, podobnie jak zdjęcia nie stanowią
ilustracji do poezji. Jeżeli istnieją pomiędzy nimi jakieś związki, to nie tak
widoczne, o wiele subtelniejsze. Obok zdjęć zapracowanych zakonników pojawia
się wiersz "Katedra":
Katedra jest tak piękna
że modli się
sama do siebie
klęcząc przed wielkim ołtarzem
przychwyciłem ją
na grzesznym samouwielbieniu
a Bóg?
Bóg zamieszkał w żebraku
co kuca u stóp katedry
przed wejściem
i wyciąga rękę
w proszalnym geście
Nic z dosłowności, poetycko-fotograficzna wspólnota zawarta jest nie w sztafażu,
ale w przesłaniu, w przekonaniu, że małość i pokora bliższe są Bogu niż wielkość
i pycha.
Album Ciećkiewicza dzieli się na trzy odrębne części oddzielone od siebie tytułami.
Pierwsza część "We mgle", prowadzi przez miasto rzeczywiście widziane
przez zwiewny woal. Mgła jest jak najbardziej realna, dosłowna, bo przecież
kiedy nadchodzi jesień, Kraków rzeczywiście zanurza się w szarości, w oparach
nadpływających od Rudawy, od Wilgi. Jednocześnie na zdjęciach Ciećkiewicza mgła
jest czymś więcej niż zjawiskiem meteorologicznym. Jeszcze bardziej podkreśla
specyfikę miasta, jego tajemniczą, wręcz magiczną niezwykłość. Jak skonstatował
kiedyś Jerzy Madeyski: "Pokazał (Ciećkiewicz) miasto takie, jakim jest.
Lecz jak! Prawdziwe i nierealne zarazem, gdyż mgła, jej kapryśne pasma i szczególna
zdolność absorpcji i rozpraszania światła zmienia perspektywę rzeczywistości,
bądź raczej - wprowadza własne, nastrojowe i niezwykle subtelne jej układy.
Właśnie magiczne we właściwym rozumieniu tego słowa jako opanowania sił przyrody
za pomocą zaklęć i gestów. W tym również naciśnięcia migawki w odpowiednim czasie
i miejscu."
W albumowym tryptyku środkowa część wyraźnie kontrastuje z pierwszą. Od mgielnych
zwiewności, od kolorów pastelowych, złamanych, przechodzimy do surowej czerni.
Od wielkomiejskości do monastycznej ciszy, do życia wypełnionego modlitwą i
pracą. Rozdział nosi tytuł "Źródło światła" i rzeczywiście światło
odgrywa tutaj pierwszorzędną rolę. Światło w dosłownym tego słowa znaczeniu
(podobnie jak na wspaniałym okładkowym zdjęciu, gdzie do kamedulskiej świątyni
wlewają się przez okno promienie, pełne rozedrganego kurzu, ale równocześnie
jakby nieziemskie) i jednocześnie Światło rozumiane o wiele bardziej metaforycznie.
Jakub Ciećkiewicz, zafascynowany mnichami ze Srebrnej Góry, zaprzyjaźniony
z nimi, pokazuje ich świat w jego codziennym surowym kształcie. Wyraźnie widać,
że pomiędzy podmiotem a przedmiotem tych zdjęć panuje pełna zgodność, ża artysta
sięga po środki równie proste, jak proste jest życie w eremie na Bielanach.
Jest to możliwe tylko wtedy, gdy artysta nie poszukuje skansenowych ciekawostek,
nie potwierdza powszechnych legend o mnisim życiu, ale z szacunkiem poszukuje
prawdy. Może nawet Prawdy pisanej dużą literą...
I wreszcie ostatnia część tryptyku - "W blasku". Powrót z Bielan
do Krakowa - to już coś innego. Ktoś powiedział, że ten rozdział jest nieco
eklektyczny. Jeżeli nawet, to z pewnością mamy do czynienia z eklektyzmem zamierzonym.
Tak wygląda miasto w pełni dnia, przemierzane przez obcych, którzy chłoną wszystkie
kształty, barwy i dźwięki. Znów nie mamy do czynienia z pocztówkowością, architektoniczne
detale znanych budowli przemieszane są ze scenkami rodzajowymi, ze znanymi postaciami
- słynną Białą Damą spod mariackiej świątyni, z kalekim cygańskim grajkiem,
który, niestety, nie gra już nam, ale czardaszami raduje uszy św. Piotra. Za
kawiarnianymi oknami siedzą zakochani, kłębią się gołębie, w wawelskiej katedrze
śpią kamienni władcy, przed pałacem krakowskich biskupów płonie różnokolorowa
rzeka zniczy. Każde z tych zdjęć jest odrębnym sygnałem, odrębną konstatacją,
ale dopiero jako całość stanowią obraz Krakowa, różny od zazwyczaj przedstawianych,
ale też jednocześnie bardziej od nich prawdziwy. To dużo, bardzo dużo, bo piękna
Krakowa prastarego tak naprawdę nie można do końca wypowiedzieć...
Jakub Ciećkiewicz (fotografie), Józef Baran (wiersze) - Światło Kraków, Wydawnictwo
"Studio Jowisz", Kraków 2005
Stoisko A8 na Targach Książki
|