|
2012-02-06 :: Szkoła jasnowidzów (1)
Więc jednak, po latach, tu wróciłem. Szedłem zamarzniętą ulicą Krakowską, białą, zimną, skutą lodem, śliską rynną, na której co chwila wywracali się przechodnie – lecz było tak, jakbym szedł dwoma ulicami, tą dawną – kiedy jeszcze żyła Maria, kiedy na okolicę spływała jej magiczna moc, kiedy z daleka wyczuwałem szmer fluidów Wielkiego Medium, otoczonego przez setki dziwnie nastrojonych kotów, gdy Ona wyczuwała, że nadchodzę, gdy stawiała na gazie czajnik z herbatą, mój Boże, kochałem ją, tego wszystkiego nie da się zapomnieć - i z ulicą współczesną, dzisiejszą, byle jaką.
W błysku wspomnienia zobaczyłem siebie, stojącego - dawno temu - przed sklepem z maszynami do pisania, wpatrzonego w Ericę 2004 electronic, która sama tworzyła opowiadania i gdyby tylko było mnie na nią stać, osiągnąłbym sukces większy od Andrzejewskiego. Widziałem zalodzony Bar Kazimierz, gdzie strzelałem zwykle szybką pięćdziesiątkę czystej, pod zielony korek z jajkiem, widziałem wychodzącego z knajpy mleczarza Kaczmarczyka, który podniósł wózek i zadzwonił przeraźliwie flaszkami ze złotymi i srebrnymi kapslami... Od kościoła Bonifratrów biła różowa, mglista poświata.
Skręciłem ostro w bok, wszedłem do martwej, zdewastowanej kamienicy, śmierdzącej kocią szczyną. Powoli wdrapałem się na 3 piętro po drewnianych, rozeschniętych schodach, dalej, na pamięć, galeryjką do przeszklonych drzwi. Były okręcone drutem. W mieszkaniu, o dziwo, nikt jeszcze nie zamieszkał. Bez wahania zacząłem się szarpać ze zwojem, rozdzielać metalowe przewody, odkręcać węzły gordyjskie – bo wiedziałem już, że muszę wejść do środka, że to, co mnie wzywa jest silniejsze i ważniejsze, od wszystkiego, co mądre, roztropne, racjonalne i uzasadnione.
Maria miała troje uczniów: Bożenę Czepiec, wnuczkę Czepca z Wesela, reżysera operowego Andrzeja Jamroza, i mnie. Bożenę uczyła stawiać kabały. Andrzeja astrologii, a ze mną piła alkohole. Czasem wróżyła, czasem coś przepowiedziała – trzy sprawy się jeszcze nie sprawdziły. Choć może, właśnie teraz... jedna z nich... Musiałem to wiedzieć. Drzwi ustąpiły pod naporem barku. Z wnętrza buchnęło stęchlizną i wilgocią. (CDN)
2012-02-06 :: Zimbabwe - Rewolucje
Atmosfera w mieście była napięta. Opozycja przygotowywała się do generalnej rozprawy z Mugabe. Zamieszczała w niezależnych gazetach całostronicowe ogłoszenia: „Oczekiwanie na to, że dyktator odda władzę spokojnie i dobrowolnie, jest samooszukiwaniem”, albo „Apelujemy do braci i sióstr w siłach zbrojnych – włączcie się w rozwiązanie problemu, a nie w jego tworzenie”. Na ścianach domów i na krawężnikach ulic malowano wielkie napisy ZVAKWANA, co w języku shona znaczy „Dosyć tego”. Przechodnie chodzili po mieście ubrani na czarno – protestując przeciw fałszerstwom wyborczym i terroryzowaniu społeczeństwa. Prawdziwe piekło miało się jednak dopiero rozpętać... Wkrótce na łamach
2012-02-06 :: Czas
Twój największy wróg – mała, pieprzona maszynka – która pracuje zawsze, nigdy nie odpoczywa, nie psuje się i każdego dnia Cię zabija – czas. W szkołach uczą wszystkiego, zwłaszcza jak pracować, jak codziennie marnować miliony cudownych chwil, jak sprzedawać za bezcen swoje życie - za żarcie, za pochwały szefów, za NIC... Nie uczą, co zrobić z czasem. Dlatego szkoły są do dupy, edukacja, to tylko języki obce. Naprawdę warto być jak Kinga Choszcz, Kazimierz Nowak, a zwłaszcza Chris Mc Candless z książki Krakauera „Wszystko za życie”, który popieprzył karierę i po maturze pojechał stopem na Alaskę. Tak, oni wiedzieli. Oni umieli wykorzystać chwile, przeżyć je intensywnie, głęboko, do końca. Coś widzieli i potrafili narzucić światu własną narrację. Albo pisanie powieści. To też jest jakiś sposób. Jak jesteś młody - piszesz o miłości, jak stary – to o śmierci. A może na odwrót? I dobrze. Słowa mają magiczną moc: możesz się nie ruszać z domu i być równocześnie w kosmosie. Nie ważne, co kto o tym powie – to są Twoje słowa! W sumie chodzi o to, żeby się nie dać nabrać, nie żałować, że żyłeś. Żebyś nie był na starość złośliwy i rozżalony, żebyś miał co wspominać. Jeśli wiesz, o czym ja mówię, to poleć balonem, skosztuj starego wina, baw się z małymi dziećmi, przeżyj intensywny kontakt z Bogiem, albo się zakochaj. Najgorszy jest letarg, który uwielbia mała, pieprzona maszynka, w tej chwili pochłaniająca właśnie Ciebie!
2012-02-05 :: Etiopia
Etiopia powoli wchodzi na tapetę. Jechałbym dziś, gdyby nie całkowicie niejasna sytuacja w pracy i w sprawach remontowo-domowych. MK Tramping organizuje wyprawę nie źle w 21 dni: północ - południe, ale za bajońską cenę. Jazda samemu wymaga natomiast wynajęcia na południu agencji lokalnej. Mówią tam po amharsku albo angielsku, a nie są to moje ulubione narzecza. Powoli wkręca się w podróż Leszek, chciałbym zabrać Jasia, bo jest geniuszem językowym i ma intelekt jak kamienica - choć jeszcze nie skończył studiów. I to by były max 4 osoby. A kiedy - to jeszcze nie wiadomo! Może październik, a może wkrótce?
2012-02-03 :: Brat w szpitalu
Mróz złapał mnie za pysk żelazną pięścią i ciągnął po ulicach zamarzniętego miasta, aż do białej (ukrytej sprytnie wśród śniegu!) kliniki, gdzie brat chorował na oko. Drzwi do budynku odwaliłem stojącą w pobliżu łopatą. Żelazną listwę odmroziłem gazową zapalniczką. Gdy wreszcie się dokopałem do wnętrza, z dyżurki wybiegł nagle mały, brodaty krasnolud, wybałuszył rozbiegane ślepia i wystękał – Co tak późno? Miał zepsute zęby. Szczególnie górna trójka wymagała naprawy, ale pominąłem ten fakt milczeniem.
Klinika przypominała pałac zdrowia. Tak to się wtenczas budowało: szerokie korytarze, schody (bez poręczy – ha, ha, konserwator nie wydał zgody na poręcze, bo budowla jest zabytkowa), ogromne okna, przestronne sale. Chory w XIX wieku był prawdziwym księciem, lekarz królem, ordynator – cesarzem.
Brat wychodził właśnie w zabiegu, z zastrzykiem w oku – Widzisz – powiedział – jakie postępy robi medycyna. Był rozczochrany, z rozwichrzoną brodą, jedno oko miał czarne a drugie niebieskie. Rozpięty szlafrok odsłaniał monstrualny, kosmaty brzuch, ale najgorsze były jego stopy – wielkie, twarde, pancerze paznokci. – ZZSK – rzuciło mi się na oko – powiedział tonem wyjaśnienia.
- Przyniosłem Ci trochę gazet sięgnąłem do torby, w porę jednak zrozumiałem swój nietakt. – Ty, kup mi lepiej krówek, pomadek, czekoladek – wyszeptał brat z podnieceniem.
Wokół nas chodziły młode dziewczęta o afrykańskich kształtach, pomalowane drogimi kosmetykami. Zbliżały się i wybuchały perfumami, jak piwonie. Ich zielone fartuchy rozchylały się, co chwila, ujawniając całą bujność kobiecej natury. Twarze sióstr pokryte były prowokującymi, kolorowymi uśmiechami, jakże kontrastującymi z nastrojem panującej zimy. Wśród nich brylował mój brat: przesuwał się tanecznym krokiem po korytarzu i wkładał pielęgniarkom do ust krówki, prawiąc im komplementy po francusku. – Dziwna terapia – pomyślałem, ale może źle postrzegam sprawy. Schodziłem powoli po schodach. Ostatni raz widziałem brata tak szczęśliwym.
2012-02-03 :: Blask diamentów
Czy jesteśmy obserwowani? Zapewne tak. Dziennikarzom, przybyłym na targi turystyczne do Zimbabwe, towarzyszy wszędzie miejscowa miss: zdystansowana, powściągliwa, czujna – dziewczyna, która widzi wszystko. Na przykład to, że zamiast na koktajl do szefa propagandy - Webstera Shamu – urywam się do hotelu, żeby odespać kolejną nieprzespaną noc....Czytaj dalej
2012-02-02 :: Powiastka okultystyczna
Spojrzała na niego z ukosa i zamieniła się w purpurową chmurę pyłu. W tej samej chwili On zamienił się w cień. Temperatura Ich relacji spadła do – 30 stopni C i osiągnęła poziom arktyczny. Wszystko zamarzło – nawet serca serc. Tak. To był koniec.
Przyszedłem do Pałacu Wróżb wiedziony węchem łowcy. Wszystko wokoło było bezkształtne i magiczne. Na korytarzach leżały śliskie, śmierdzące glony podświadomości. W spirytualnym gabinecie lampki Jego notebooka migały w oszołomieniu, wyświetlając kolejne, kolorowe mandale. Planety latały jak oszalałe. – Ale co się stało? Do diabła! – spytał ze smutkiem w głosie przelatujący Anioł. – Jak to co – odpowiedziałem sucho. – On był Astrologiem, Ona Przeznaczeniem. Takie spotkanie zawsze się kończy... katastrofą. – Przeznaczenie przyszło do astrologa? – zdziwiony Anioł złożył smutno skrzydła. - Albo On do Niej?
Szedłem ku wyjściu mijając doniczki pełne miękkiej, wilgotnej jaźni i ledwie powstrzymałem torsje. Wracałem do domu nocą, przez posiwiały las. Śnieg trzeszczał upiornie, jak w XIX wiecznej powieści okultystycznej. Wilki wyły do roziskrzonych gwiazd. Uuuuuu! Na niebo wspinał się wolno wypasiony Saturn. Jego ostre talerze mieliły ludzkie losy na białą mączkę, którą duszyczki posypywały Drogę Mleczną. Nie czułem nic. Tętno – 60 uderzeń na minutę, ciśnienie 120/80... Co się miało stać, to się stało!
2012-02-02 :: Etiopia
Z Arką było tak: Królowa Saby z wielkim orszakiem wyruszyła do Jerozolimy, gdzie była podejmowana przez króla Salomona, z gościnnością tak wielką, że wracała brzemienna. 22 lata później, jej syn - Menelik - przyjechał w miejsce swojego poczęcia. Został serdecznie powitany przez ojca i... wrócił do Etiopii z arką. Początkowo złożono ją w swiątyni na wyspie nad jeziorem Tana, potem przeniesiono do Aksum, gdzie - dzięki jej enengii - zbudowano piramidy, czy coś w tym stylu. Dziś już tylko jeden człowiek na świecie widzi arkę - główny strażnik z kościoła NMP na Syjonie. Założona przez Menelika dynastia salomońska władała Etiopią do 1974 roku, gdy 237 cesarz - Hajle Syllasie - został zamordowany przez rewolucjonistów. Powoli się przygotowuję. Marzę o dwóch jeziorach: Tana i Turkana. A więc wyjazd byłby przez Kenię.
2012-02-01 :: Diamenty
Kilka lat temu, w okolicach Murare, odkryto ogromne złoża błyszczących kamieni, które przyciągnęły tysiące kopaczy. Początkowo diamentowe pola rozkradano, potem prezydent Mugabe kazał przeprowadzić operację „Hakudzokwi” („Bez powrotu” )- w ramach której żołnierze zabili kilkuset górników, pozostawiając gnijące ciała na otwartej przestrzeni. Regularną grabieżą kopalń zajęły się wówczas armia, partia i policja. Podobno diamenty opuszczają kraj w pilnie strzeżonych konwojach - jadą ciężarówkami do Mozambiku – a stamtąd dalej - w świat. Niektórzy twierdzą, że są wywożone przez pracowników zachodnich ambasad w poczcie dyplomatycznej, a transakcje odbywają się w Sheratonie. Pani dr K. jest jednak całkowicie pewna, że żona szefa armii - generała Constantina Chiwengi, co tydzień lata do Chin z torebką wypchaną kamieniami. Ostatnio kupiła sobie nowego bentleya... wkrótce na łamach
2012-02-01 :: List
Wstałem dziś wyjątkowo prawą nogą - zamiast głową prosto na chodniczek; poszedłem do łazienki - zamiast skakać na 20.stopniowym mrozie; wcelowałem precyzyjnie w muszlę, a nie jak zawsze - w sufit, wypiłem kawę, zamiast oranżady. Bułkę z szynką wkładałem małymi kęsami do otworu gębowego, a nie do kieszeni i ogólnie mówiąc zachowuję się poprawnie. Doktor mówi, że jak tak dalej pójdzie, to wkrótce mnie wypuszczą. Będę mógł nawet wrócić do pracy i podejmować szalone wyzwania. A więc wszystko układa się w miarę. Teraz idę na zastrzyk z optymizmu. Wkrótce dokonam rzeczy nieprawdopodobnych!
Strona: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79
|