O mnie
Galeria
Wystawy
Teksty
Film
Książki
Księga gości
Kontakt
strona główna

Zimbabwe
Maroko pdf
Algieria
Afryka
Afrykański
dla początkujących

Afryknski 2
Eseje
Religia
Reportaże
Wywiady
Horoskop roczny
Horoskop codzienny


Królestwo sosen w państwie brzóz

Dzienniki reportersko - fotograficzne - czyli: Podlaski Przełom Bugu dwadzieścia lat później


Dwadzieścia lat temu rynek w Sarnakach wyznaczał kres powszechnie znanego świata: z jego techniką i cywilizacją, z jego religią i obyczajami. Z jego pychą, a często również i z pogardą wobec mentalności wschodu – naiwności pomieszanej z najszczerszą dobrocią.

Na płocie wisiał slogan: ”Pijcie piwo Mordy Podlaskie.”

Wszystkie mordy gromadziły się w knajpie, gdzie rybacy przynosili dopiero co złowionego suma, z prośbą o usmażenie, a grzybiarze właśnie zebrane borowiki. Siedzieli, pili piwo, rozmawiali niespiesznie, bo dokąd tak gnać? I po co? Skoro na podlaskim piachu słabo rośnie. A jeśli się nie posadzi ziemniaków dziś, to zawsze można, dajmy na to - jutro.

A o czym mówili. A? Mówili o tym, że Amerykanie wymyślili samolot, hydroplon, który ląduje na wodzie, „o własnych siłach znaczy sie”, albo o nauczycielu – rolniku, który rozpyla nawozy i „nie boi sie”... albo o dalekich miastach, takich jak Kraków, gdzie wielu miejscowych wcale nie było, bo prawdę mówiąc najdalej w życiu dojechali do Łosic.

Na wschód od Sarnak, ciągnęły się wsie i przysiółki mające w nazwie zwierzęta –Borsuki, Czapli Stóg... albo zawierające aluzje do rzeki: Zabuże, Bożek... Nie było dróg. Z wagonu pociągu można było dostrzec ekipy Cyganów układających kocie łby, mijało się wędkarzy na rowerach, furmanki na drewnianych kołach, pastuszków gnających krowy.

Nieliczne gospodarstwa obowiązkowo posiadały kierat i studnię z żurawiem. Dachy najczęściej ozdabiała strzecha. Okna kryły pomalowane kolorowe okiennice z charakterystycznym białym paskiem.

Pociąg przemierzał rozległe brzeziny, przemieszane z dębami, jaworami, jesionami, olchami, topolami i przystawał w końcu na skraju stuletniego sosnowego lasu we Fronołowie. Wysiadający pasażerowie widzieli tylko: drzewa, dwa puste perony i stary rozklekotany, żelazny most kolejowy na Bugu. Gdy lokomotywa ruszała dalej, po krzywych szynach, z minimalną prędkością 5 km na godzinę, wibrowała cała konstrukcja i okoliczny świat stawał na głowie. Krzyczały mewy, skrzeczały rybitwy. Ultima Thule!

Nad rzeką wisiało ogromne, czerwone słońce. Potężny las śpiewał wieczorną pieśń ciszy. Było wspaniale. Co z tego wszystkiego ocalało?

Plener zaczyna się o świcie

Jest 4.00 Godzina porannych modlitw mnichów i przebudzenia ptaków. Dłoń szuka nerwowo latarki, spodni, butów, statywu i torby ze sprzętem fotograficznym. Cały ekwipunek waży dobrze ponad 30 kilogramów. Statyw wrzyna się w kark, puszki aparatów tańczą na brzuchu, obiektywy uderzają o siebie rytmicznie. Każdy krok potęguje złość i pomnaża poczucie własnej głupoty, bo do Kózek trzeba przejść jeszcze kilkanaście kilometrów z dużym hakiem, a właśnie tam rozpoczyna się park krajobrazowy, pysznym widokiem na rzekę.

Niebo przecina poprzeczny różowy obłok zorzy. Zewsząd dobiega świergot ptaków. Mieszka ich tu aż 190 gatunków! Na wilgotnych łąkach okalających dolinę gniazdują rycyki, czajki, brodźce krwawodziobe, kszyki. W łęgach wierzbowych można spotkać strumieniówki, remizy, dziwonie, dudki i krętogłowy. Dalej, na nadrzecznych skarpach, żerują zimorodki, siweczki rzeczne, brodźce piskliwe, a przede wszystkim popularne brzegówki, które w piaszczystych brzegach rezerwatu zrobiły aż 1090 norek.

Jednak to oczywiście nie wszystko. Bo gdzie pomieścić: jastrzębie, dzięcioły, kruki i srokosze, kraski, kropiatki, błotniaki i krogulce, kwiczoły, kobuzy, bekasy, świstunki, muchołówki, dzierzby czarnoczelne, łabędzie nieme, czernice, kokoszki, orliki krzykliwe, żurawie, orzechówki, muchołówki, trzmielojady...

Przyrodnikom wiadomo, że w pobliskiej wsi, żyje ostatni polski kulon - najbardziej skryty, płochliwy i niedostrzegalny przedstawiciel siewkowców. Tajemniczy ptak, polujący nocą, któremu niezbędne do życia są duże powierzchnie piaszczystych nadbużańskich terenów. W Parku dożywają swych dni perkoz rdzawoszyi, bączek, krwawodziób, rybitwa białoczela...

Ptaki najlepiej podchodzić we dwóch. Bo ptak nie potrafi liczyć. Rejestruje tylko: nadejście zagrożenia i odwrót niebezpiecznego indywiduum z łowiska. Fakt, że na miejscu pozostał fotograf, przechodzi zupełnie niezauważony. Dobrze więc mieć przy sobie zieloną pelerynę, żeby osłonić statyw i długi obiektyw. Dobrze używać filtra UV, „polarka”, osłony słonecznej. A przede wszystkim trzeba mieć w sobie coś z miejscowych ludzi – trzeba umieć czekać.

Jest 5. 00. Środkiem Bugu leci bocian. Jak policyjny zwiadowca, wysłannik ptasich służb specjalnych. Agent numer jeden. Za nim podąża drugi, trzeci i kolejny... Zorza przemienia się nagle w pół czerwonego słońca, ptak wpada w kadr aparatu. Zdjęcie jest gotowe.

Czrnoskórzy Mongołowie Batu-hana

Park Krajobrazowy „Podlaski Przełom Bugu” ciągnie się od Nepli i Drogiczyna, przez Kózki, Fronołów, Mierzwice, Zabuże, Serpelice, po Mielnik, Gnojno i Janów Podlaski. Wystarczy iść korytem Bugu, aby po dobrym dniu wędrówki, znaleźć się na Białorusi w objęciach przyjaciela wszystkich fotografów, dziennikarzy i dokumentalistów.

W parku krajobrazowym nie ma ciszy. Jest szum wiatru, szmer ogromnej, spokojnej rzeki, w której rzucają się wielkie ryby, jest trzepotanie skrzydeł, świergot niezliczonych gardeł, ryk łosi i jeleni, odgłos spadających gałęzi. Wszystko, co żyje, Pan Bóg pomieścił na wielokilometrowej zielonej równinie, pełnej starorzeczy, rozlewisk i samotnie stojących dumnych drzew – gigantycznych dębów szypułkowych, jaworów, jesionów, grabów, sosen, brzóz, lip, klonów – krzewów jałowca i tarniny.

W parku krajobrazowym nie ma ciszy – przeciwnie rośnie wielki huk. Od strony Warszawy nadciągają dziesiątki, a po kilku godzinach już setki motocykli. Odbywa się ogólnopolski zjazd motorów: terenowych, wyścigowych, crossowych, klasy enduro i harleyów... Potężny jazgot wypełnia całe rozlewisko. Plaże zmieniają się w rozjeżdżone łachy błota. Łąki, w brudne, brązowe bagna. Otulina rzeki zamiera w lękliwym bezruchu.

Nadjeżdżający czarnoskórzy mężczyźni w kaskach przypominają bohaterów Gwiezdnych Wojen. Wiedzą dokładnie, po co przyjechali. Tylko tu, na Podlasiu, mogą pędzić w nieskończonym rzędzie z największą prędkością - zupełnie bezkarnie. Tratując wszystko, co przed sobą, przyprawiając o zawał serca ostatniego kulona, rozwścieczając ryby, wędkarzy, fotografów...

Rozochoceni piwem (to już piwo „Łomża”), organizują właśnie wyścig na drodze do Serpelic. W szaleńczym pędzie mijają mogiły ułanów z 1920 roku i obelisk upamiętniający żołnierzy AK, którzy właśnie tu stoczyli potyczkę z oddziałem Afrika Korps, osłaniając transport pocisku V2 z sarnackiego poligonu. Czy wiedzą kim byli ułani? Czy hasło V2 – coś dla nich oznacza? A niechże ich podziobie brodziec krwawodzioby, niech ich zaatakuje błotniak zbożowy, albo sam wielki Bug, zmyje z powierzchni zimną falą.

Już tak bywało! To nie żarty!

W 1241 roku, gdy Mielnik najechali Mongołowie Batu-hana, gdy cerkiew i dzwonnica zapadły się pod ziemię, walczący rycerze zostali pozamieniani w wielkie dęby. Stoją do dziś: między Serpelicami a Fronołowem. Ku przestrodze! Więc ostrożniej panowie na motorach, naprawdę ostrożniej...

Stare Mierzwice – wymarła wieś – czyli był interes do zrobienia

Stare Mierzwice pozornie w ogóle się nie zmieniły. Jak dawniej przybyszy wita sezonowa knajpa z biało-czerwonej cegły i ta sama biało-ceglasta kapliczka: być może wykonane w tym samym czasie - z tego samego materiału. Dalej ciągnie się szereg drewnianych domów z ławeczkami obróconymi ku gościńcowi. Na słupach stoją bocianie gniazda. Ba, jest nawet popielaty kiosk, gdzie okoliczni chłopi zawsze pili piwo, a teraz przyjezdni wypożyczają książki. Nadal istnieje drewniana letnia kaplica oraz szkoła, gdzie wciąż zamieszkuje ten sam profesor Cwaniaczek, muzyk akordeonista, posiadacz warszawy 204, jedyny miejscowy hodowca owiec.

Naprawdę zmieniło się jednak wszystko.

Nie ma koni.

Nie ma krów.

Nie ma kur, gęsi, indyków.

Nie ma kóz.

Nie ma chłopów na polach.

Tylko w kilku domach hoduje się świnki dla letników.

Wystarczy przyjść na mszę, żeby zobaczyć nową miejscową społeczność. Garstka mierzwickich staruszków zapełnia wnętrze niewielkiej kaplicy, przez głośniki dobiegają piskliwe, słabe dyszkanty kilkunastu kobiet. Na ławkach, ustawionych dookoła kościółka, siedzą prawdziwi właściciele wsi. Warszawiacy. Siedlczanie. Mieszkańcy Białej Podlaskiej. Wokoło stoją luksusowe samochody. To zadziwiające. Osada, która jeszcze niedawno liczyła 75 numerów i niemal sto rodzin, została w ciągu ostatnich lat w całości wyprzedana. – Pozostało jakieś pięć familii – mówi sołtyska. I kilka babć na wymarciu...

Ar ziemi kosztuje teraz w okolicy od 2 – do 3 tysięcy złotych. Bogatsi budują wille, średnio zamożni remontują chałupy, ubożsi wznoszą domki campingowe. Pojawiają się również wielcy inwestorzy. Przejmują wielohektarowe połacie gruntu z dostępem do Bugu, wznoszą ukryte w lasach: super-luksusowe ośrodki z własnymi stadninami, przystaniami i Bóg wie czym jeszcze. W otulinie rzeki sterczą słupki geodezyjne.

A gdzie dawni mieszkańcy Mierzwic? Gdzie Stasiukowie? Semeniukowie? Demianiukowie? Hołowczyce?, których nazwiska widnieją jeszcze na tabliczkach z numerami domów. Zniknął ich śpiewny, miękki podlaski język. A razem z nim – domknęły się drzwi chat, których nigdy wcześniej nie zamykano na klucz, zaniknął obyczaj karmienia i nocowania wędrowców, gdzieś się podziała cichość, dobroć, bogobojność, konserwatyzm i niechęć do nowości.

- Młodzi wyjechali do Siedlec i Białej. Inni przez Siemiatycze do Belgii i Niemiec. Faktycznie wieś przestała istnieć. Nawet ci, którzy tu gospodarują, na nadbużańskich piaskach – to już zupełnie inni ludzie. Zrezygnowali z hodowli, uprawiają aronie, porzeczki, wznoszą sady, budują pensjonaty agroturystyczne. Kilka lat temu był tu biznes do zrobienia! – opowiada sołtyska.

Z miejscowych interes zrobił tylko emerytowany nauczyciel, dawny dyrektor schroniska PTSM – nazywany przez brać studencką Profesorem Cwaniaczkiem. Gdy władze oświatowe zlikwidowały szkołę w Mierzwicach sprzedano mu wielki drewniany budynek z 40 arami ziemi za - 40 tysięcy.

Profesor wynosi przed budynek szklanki i myje w wiadrze. – Ja w ogóle nie używam wody – piję tylko wino! – mówi wesoło i trąca się na szczęście.

- Jest pan milionerem – rzucam żartobliwie.

- Ale cóż mnie po tym?

- A co Pan zrobił z warszawą? Bo miał Pan Warszawę 204.

- Sprzedał ja. Za 3 tysiące. Miała tylko 35 tys. kilometrów na liczniku... Była prawie nowa. Ot, żal.

Czarne Bociany, żółwie błotne i koza złotawa

4 rano. Dłoń szuka latarki, spodni, butów, statywu i torby ze sprzętem. Wszystko razem waży ponad 30 kilo. Jednak każdego dnia - coraz więcej. Teraz już wiadomo: jeden aparat trzeba trzymać na piersiach, a drugi przewieszony swobodnie przez ramię, dokładnie tak, jak fotoreporterzy w amerykańskich filmach o Wietnamie. Wiadomo, że filtr połówkowy szary jest do bani. Że o świcie fotografowanie na filmie velvia 100 – to średni pomysł, znacznie lepiej używać Fuji 400. Statyw ciąży. Usta miotają przekleństwa. Ale warto, naprawdę warto. Wystarczy przejść kilkadziesiąt metrów, żeby dostać skrzydeł. Na końcu wsi rozpoczyna się rezerwat Trojan – 280 hektarów baśni – od Mierzwic aż do Zabuża. Wąska ścieżka biegnie po wysokiej, 30 metrowej piaszczystej skarpie nad rozlewiskiem. Wokoło szumi las. Widać zakręty rzeki. Łozowiska. Bagna. Starorzecza. Aż do jeziora, pełnego nenufarów, gdzie mieszkają pospołu czarny bocian i żółw błotny. Stąd jest już całkiem płasko i łąki plenią się aż po horyzont.

A dookoła wstaje ze snu 1507 gatunków roślin.

Jak to wspaniale brzmi: lilia złotogłów, buławnik czerwony, gnieźnik leśny, wawrzynek wilczełyko, fiołek przedziwny, lepnica litewska, tojad smukły, zawilec wielkokwiatowy, parzydło leśne, goryczka gorzka, zimoziół północny, kosaciec syberyjski, tajęża jednostronna... Wiele z nich pozostaje na granicy wymarcia. Storczyk kukuczki kapturkowatej – zajmuje zaledwie kilka stanowisk w Polsce.

Przy brzegu rzeki sunie duży bóbr. Wychyla głowę co 2 – 3 metry, łapie powietrze, wślizguje się w leniwy nurt Bugu i nagle znika w sprytnie ukrytym korytarzu, który prowadzi do wygodnego M-2 ze specjalną półeczką na legowisko dla młodych. Żeremia ciągną się wzdłuż całego przełomu, na przestrzeni wielu dziesiątków kilometrów.

Jest piąta rano. Las śpiewa pieśń przebudzenia. W rzece rzucają się ryby, a na ścieżce stoi mody wyżeł.

Skąd się wziął? Dlaczego stale podąża przed fotografem, zbiega do wody, płoszy ptaki, szczeka do nory borsuka? Atakuje bociana... Po chwili wszystko staje się jasne. Przewieszony przez plecy statyw wygląda jak strzelba. Strzelba nie wypala.

Wschodzi słońce. Na jezioro wypływają wędkarze. Odgłos wioseł skutecznie płoszy ewentualne żółwie i czarne bociany. - A co tu ludzie łowicie? – Wszystko, Panie. Sumy, karaski, jesiotry, szczupaki. A widział kiedyś babkę łysą? Kiełbia białopłetwego? Czarnego bassa wielkogębowego? Kozę złotawą? A?

Belgijcy z Siemiatycz, czyli - czy kowal potrafi naprawić hondę?

Mąż sołtyski z Mierzwic prowadzi warsztat samochodowy – w wielkiej drewnianej szopie. Wewnątrz widać kowadła, młoty, pilniki, imadła – wspaniałe, czarno – smoliste, pochodzące z początku wieku. To autentyczny skansen, żywe muzeum techniki. - Coś stuka w nadkolu? Proszę przyjechać. Zobaczy sie – zachęca postawny mężczyzna, ale właściciele pensjonatu protestują. Z takim autem trzeba już jechać do Siemiatycz.

- A w Siemiatyczach dadzą radę?

Właściciel macha dłonią. – Nie takie oni naprawiają, panie.

Siemiatycze to słynne na całą Polskę 16 – tysięczne miasteczko, dysponujące regularnym połączeniem autobusowym z Belgią. Za granicą pracuje czasowo 3 tysiące miejscowych. Z każdej rodziny, choć jedna osoba. Wciąż wyjeżdżają nowi. Z Mielnika, Drohiczyna, Kózek, Serpelic, Gnojna... Rynek jest odnowiony, wszędzie widać kolorowe, blaszane dachy i okna z PCV, wokoło parkują zagraniczne samochody – Z nami do Europy – woła szyld miejscowego PKS-u. W oddali widać gigantyczny, dopiero co zbudowany kościół i nową piękną cerkiew – obie wzniesiono za euro.

- W naszej parafii połowa małżeństw rozwodzi się z powodu Belgii – mówi proboszcz Jan Koc.

– Jestem przerażony – dodaje pop Andrzej Jakimuk – z Podlasia wyjeżdżają teraz tysiące ludzi.

Pleni się alkoholizm. Niektórzy robotnicy sezonowi popracują miesiąc, a potem pół roku piją. Pojawiły się narkotyki. Dzieci pozostają bez opieki na długie tygodnie. Rozbijają samochody rodziców. Klną. Stają się agresywne. Tego nigdy nie było na Podlasiu.

Ksiądz Koc buduje świetlicę dla młodzieży, która błąka się samotnie po miasteczku. On jeden potrafi wyciągnąć środki z Unii Europejskiej. Inni nie umieją napisać projektu.

Wszyscy czytają tygodnik „Ozon”. Artykuł „Belgijcy z Siemiatycz”. – Stek półprawd – przekonuje właściciel serwisu samochodowego. Wybrali najczarniejsze przykłady demoralizacji. A ile dobrego przyszło do nas z Belgii?! Narzędzia, technologie, styl i sposób pracy, potrzeby życiowe...

Wjeżdża samochodem do supernowoczesnej stacji diagnostycznej, kupionej za zarobione na obczyźnie euro. Po chwili honda podskakuje w górę i na boki w wielkim symulatorze, a mechanicy oglądają zawieszenie. – To łącznik stabilizatora. Trzeba kupić w rynku. Bez żadnego problemu...

Czapliniec, którego nie ma, Drohiczyn, który ma problemy

4 rano. Dłoń szuka latarki, spodni, butów, statywu i torby ze sprzętem. Wszystko razem waży ponad 30 kilo. Jednak każdego dnia - coraz więcej. I więcej. Nie chce się wstawać. Gdyby nie poczucie obowiązku, przyzwoitości, gdyby nie wrodzony upór... Wkońcu plener polega na fotografowaniu.

Rezerwat "Czapli Stóg" w Neplach otaczają stuletnie sosny, dźwigające na barkach kilkadziesiąt gniazd. Ptaki mieszkają w gromadzie, polują na płytkich rozlewiskach i okolicznych łąkach na białe ryby, płazy, owady i drobne ssaki, które przebiją dziobem. Dorosłe - spożywają w ciągu doby 350 -500 gramów pożywienia. Często czatują nieruchomo z wyciągniętą szyją nad brzegami rozlewiska. Taki widok utrwalili malarze i fotografowie.

Teraz ich w ogóle nie widać. Gniazda spoczywają gdzieś w górze, na szczytach wysokich sosen. Właśnie odbywają się lęgi, więc jedno z rodziców wysiaduje jaja zakopane po szyję, a drugie poluje.

Wokoło płynie Bug i meandruje Krzna, ciągną się starorzecza oraz rozległe, zalane wodą łąki. Znów wschodzi słońce i ten widok przebija wszystko, co dotychczas fotografowałem...

Z oddali wyłania się Drohiczyn. Stolica koronacyjna Polski. Perła Podlasia. Miasto kościołów. Ostoja katolicyzmu. Boleśnie doświadczona przez bolszewików. Ogniem. I sybirem.

Widok klasztoru franciszkanów zachwyca, barok benedyktynek porusza, sylweta katedry – zaciekawia, widok kurii metropolitalnej wzbudza szacunek, seminarium duchownego poraża ogromem. Sowieci w 1945 roku, widząc takie nagromadzenie religijności w Drohiczynie, zrobili, co swoje. - Spalili i zdewastowali wszystko – opowiada miejscowy braciszek.- Po kościołach jeździli konno. Mieszczan wywieźli na Sybir.

Dookoła wyremontowanych świątyń stoją polepione papą domki, drewniane chatynki, wymarłe, opustoszałe sklepy, po których pozostały tylko zardzewiałe żelazne sztaby – zakładane na okiennicach. Jest również opuszczony hotel państwowy. I nowy hotel – prywatny.

W miasteczku odbywają się właśnie obchody 3 maja. Przez rynek przechodzi orkiestra dęta. Po południu w kinie będzie patriotyczne widowisko. Mężczyźni ubrani w tanie garnitury, wraz z rodzinami, wędrują na wzgórze zamkowe, skąd rozciąga się kapitalny widok na kolano Bugu. Jest jednak całkiem inaczej niż w Siemiatyczach. Bardziej po polsku. Biednie. Bez wielkiej nadziei na jutro.

Oba miasteczka dzieli zaledwie kilkanaście kilometrów. I absolutna przepaść cywilizacyjna.

Właściciel stacji benzynowej w Drohiczynie należy do lokalnej elity. – Oboje z żoną pracowaliśmy za granicą – opowiada. - Dzieci wychowywali dziadkowie. Człowiek się czegoś dorobił. Najgorsze, że ktokolwiek z miejscowych zdobędzie wykształcenie, albo ma jakiś ciekawy pomysł – po prostu emigruje. Na ich miejsce przybywają nowi – właściciele dacz i pensjonatów z Warszawy. Podlasie umiera.

Panichida na Grabarce

Przed wyjazdem trzeba odwiedzić miejscową Częstochowę. Stolicę Prawosławia. Centrum wiary. „Aby odetchnąć innym światem, nie zadymionym i nie omamionym wrzawą wynalazków i tempem, które wbija świat w pychę i zgubę, zagłuszając wołanie serca. Tu, pielgrzymie, zaczerpniesz bliskości wiecznego piękna i dobra”.

Tak myślała z pewnością Sofia Niekludow, założycielka wspólnoty Marii i Marty – zwana powszechnie siostrą Marią. Arystokratka, która spędziła dzieciństwo w Carskim Siole, z dziećmi imperatora, siostra na froncie wielkiej wojny, nauczycielka gimnazjalna. Pod wpływem głosu Pana zgromadziła w 1947 roku bezdomne siostry wokół drewnianej cerkwi Przemienienia na Grabarce. Należała do nich m.in. Hilaria Bułgakowa cioteczna siostra Michała Bułchakowa - autora Mistrza i Małgorzaty.

Cerkiew szybko zaczęła promieniować na okolicę, na cały świat – wiarą i cudami.

Aż dziw, że podpalono sanktuarium na Grabarce. To był gest Herostratesa. Gest pustej nienawiści. Dokładnie wiadomo czyj. Ogień podłożył miejscowy - Jan S. w 1990 roku. Pospolity kryminalista na przepustce z więzienia. Dostał 10 lat. Wyszedł. Prawosławni go nie dopadli. Postanowili zapomnieć? Darować? Żyje sobie.

Podczas pożaru spłonęły bezcenne polichromie Jerzego Nowosielskiego, doszczętnie zniszczała kaplica, jednak zdarzył się również cud - Ewanglia ocalała! Był to widomy znak Bożej obecności. Dodajmy - kolejny. Cudowne źródło wciąż leczy wiernych, rośnie góra krzyży wotywnych, na Garbarkę przybywają całe autokary patników. A majowym i sierpniowym pielgrzymkom nie ma po prostu końca.

Miłe siostry, z wysokimi kapturami, w półksiężycach uśmiechów, nikomu nie pozwalają fotografować wnętrza kaplicy, lecz jak to siostry, dają się przekonać. Wkrótce młodsza zakonnica otwiera świątynię. Pomaga jej pop, bo tylko on ma prawo włączyć elektryczność za ikonostasem. Jest przyjazny. Uśmiecha się. Czeka cierpliwie na ostatnie kadry. - Tylko niech Pan nie zapomni przysłać nam obiecanych obrazków...

Na parking podjeżdża traktor, z którego wysiada 80-letnia staruszka. Od strony Siemiatycz nadciąga bosy, siwobrody pątnik z kijem w dłoni. Jakaś kobieta wstępuje do sanktuarium na kolanach. Wszystko normalnie, Bóg płynie spokojnie, leniwie. A Pan Bóg błogosławi Grabarkę ciszą i spokojem.

Aż dziw bierze, że kilkanaście kilometrów dalej, w Janowie Podlaskim, można spotkać ludzi z listy najbogatszych Polaków, którzy wyglądają tak, jakby właśnie wysiedli w helikopterów. Tam kupuje się araby po 200 tysięcy euro. Tam, w zamkniętych enklawach, istnieje jakaś inna Polska - ekskluzywna. Pełna hoteli, i wygód o jakich nikomu się nie śniło. Od Drohoczyna po Borsuki i Łosice. A nawet w Siemiatyczach. Co dopiero mówić o Grabarce?

Podlaski przełom Bugu – żyje na skraju czasów.

JAKUB CIEĆKIEWICZ

Na plener zabrałem aparaty: canon eos 50 e, canon 5 AF, olimpus OM1; obiektywy: do canona 20 – 35/2,8; 28 – 70/2,6 – 2,8; 70 – 200 LIS/2,8; telekonwerter 2 X. Do olimpusa: 35 mm, 50 mm, 80 mm, 200 mm – zuico oraz Karl Zeiss – 35 – 70/3,5. Komplety osłon i filtrów. Statyw manfrotto z głowicą, w futerale. Lampy EZ 540 oraz olympus. Torba – Lowepro (Plecak byłby lepszy). Radiowy wyzwalacz migawki, przedłużacz do lampy, baterie. Filmy: velvia 100, fuji 400, fuji 100, ilford delta 400. Wykonałem 468 zdjęć.